Uzupełniłem galerię o kilka nowych zdjęć, które wykonałem w Wałbrzychu i okolicach Gór Sowich. Odnaleźć je można w galerii, w dziale zdjęcia.

ligottiMimo że nie ma dowodów na to, aby to małe zwyrodniałe miasteczko rzeczywiście stanowiło największą tajemnicę oraz źródło wszelkich znanych nam rzeczy, jest ono prawdziwe a jego istnienie można uznać za pewne. Istnieją też pewne znaki, pewne aspekty i elementy naszego życia, które nie pozostawiają wątpliwości co innego faktu – prędzej czy później znajdziemy się w tym małym zwyrodniałym miasteczku, czy tego chcemy czy nie. Albowiem gdy niebo zaczyna nam ciemnieć przed oczami, a nasze kości stają się miękkie jakby w rozkładzie, wiemy już że wszystkie drogi naszego życia prowadziły nas - i tylko tam nas mogą prowadzić – do tego małego zwyrodniałego miasteczka. Zrozumiemy wtedy, że wszystko wkoło nas, wszystko wewnątrz nas, posiada bezpośredni punkt styczności z tym tajemnym miejscem, tym źródłem wszystkich rzeczy.

Poniższe tłumaczenie pochodzi z wydawnictwa Current 93 / Thomas Ligotti “In a Foreign Town, in a Foreign Land”, w skład którego wchodzi płyta oraz książeczka z opowiadaniami. Każde z opowiadań odpowiada tytułem jednemu z czterech utworów na płycie, w tym wypadku jest to “Soft Voice Whispers Nothing”, gdzie David Tibet odczytuje duży fragment tekstu tego opowiadania.

Tekst “In a Foreign Town, In a Foreign Land” ukazał się niedawno w nieco wzbogaconej wersji w zbiorze opowiadań “Teatro Grottesco” - jako jedno opowiadanie podzielone na cztery części.

***

in a foreign town, in a foreign landMożna powiedzieć, że zostałem mieszkańcem miasteczka spod północnej granicy jeszcze długo przed tym, zanim zacząłem podejrzewać że to odległe i opustoszałe miejsce w ogóle istnieje.
Wskazują na to niepoliczalne poszlaki, choć niektóre z nich mogą się wydawać na pierwszy rzut oka nie do końca jednoznaczne. Większa ich część sięga mojego dzieciństwa – tamtych miękkich i szarych lat, kiedy byłem nieustannie dotknięty raz tą, raz inną wysysającą życie chorobą. To właśnie wtedy, na tym wczesnym etapie rozwoju przypieczętowałem swą głęboką więź z zimą, z każdą jej porą czy przejawem. Nic nie zdawało mi się bardziej naturalne, niż podążanie ścieżką wśród ośnieżonych dachów i zwieńczonych lodem płotów, jako że i ja w swej chorobie przejawiałem objawy stanu głębokiego uśpienia. Zmarznięty i blady leżałem pod puszystymi kocami swego łóżka, moje skronie połyskiwały od pokrywających je kropel potu. Z okropnym oddaniem wypatrywałem przez oszronione ramy okna mej sypialni, jak po ospałych zimowych dniach następują oślepiające zimowe noce. Byłem nieustannie świadom możliwości zajścia tego, co mój młody umysł nazywał wówczas „lodowatą transcendencją”. Nawet podczas nawiedzających mnie często majaków byłem więc ostrożny, aby nie pozwolić sobie na zwyczajny sen – wyłączając może wyprawy w odleglejsze krajobrazy, gdzie wymazujący wszystko wiatr porywał mnie w pustkę ostatecznej hibernacji.

Nikt nie liczył że będę żył długo, nawet zajmujący się mną lekarz dr Zirk. Ten wdowiec w późnym wieku średnim sprawiał wrażenie, jakby był głęboko oddany sprawie dobrego samopoczucia ciał, które miał pod swą opieką; jednak odkąd go znałem, miałem przeczucie że i on czuł skrytą więź z najodleglejszymi, opustoszałymi miejscami spod władania zimowego ducha, a więc i on musiał zawrzeć przymierze z miasteczkiem spod północnej granicy. Ilekroć mnie badał siedząc przy moim łóżku, ujawniał się jako fanatyczny współwyznawca tej wiary bez pocieszenia, zdradzając tak liczne jej przejawy i stygmaty. Jego sztywne, przeplatane siwizną włosy i broda – niegdyś tak bujne - obecnie były tylko ich rzedniejącą pozostałością z tamtego czasu, całkiem jak nagie, pokryte szadzią gałęzie drzew za mym oknem. Miał szorstką i chropowatą jak zamarznięta ziemia cerę, a jego oczy przysłonięte były mętną aurą grudniowego popołudnia. Jakże lodowate zdawały mi się jego palce, kiedy badały tętno na mej szyi albo łagodnie ściągały dolne powieki moich oczu..
Pewnej nocy, zapewne w przeświadczeniu że śpię, dr Zirk odkrył przede mną głębię swego wtajemniczenia w opuszczone sekrety zimowego świata, chociaż mówił tylko zagadkowymi urywkami wycieńczonej, umierającej duszy. Głosem czystym i zimnym jak arktyczny wiatr, doktor czynił wzmianki o doświadczaniu „pewnych przepraw” i „groteskowych przerw w ciągłości porządku rzeczy”. Jego drżące słowa przywoływały epistemologię „nadziei i grozy”, całkowitego, ostatecznego obnażenia natury tego „wielkiego, szarego rytuału egzystencji” oraz karkołomnego skoku w „oświecenie w pustce”. Miałem wrażenie, że mówił bezpośrednio do mnie, gdy w lekkim przypływie desperacji rzekł: „Skończyć z tym, mała marionetko, we własny sposób. Zamknąć drzwi jednym zdecydowanym ruchem, zamiast serią małych, zlęknionych kroków. Gdyby tylko ten lekarz mógł wskazać ci drogę ku temu zimnemu wybawieniu!” Ton i powaga tych słów wprawiły moje powieki w drżenie i Dr Zirk natychmiast zamilkł. Zaraz potem do pokoju weszła moja matka, co dało mi pretekst do okazanego wcześniej wzbudzenia. Nigdy jednak nie zdradziłem zaufania i szczerości, jakich doktor okazał mi tamtego dnia.

Tym niemniej, musiało upłynąć wiele lat nim po raz pierwszy trafiłem do miasteczka spod północnej granicy i to właśnie tam przyszło mi zrozumieć źródło i znaczenie słów, które dr Zirk mamrotał owego niemal bezgłośnego, zimowego dnia. Po dotarciu do miasteczka zauważyłem jak bardzo było ono podobne do zimowej krainy mego dzieciństwa, chociaż było już wtedy odrobinę po sezonie. Tamtego dnia wszystko wokół mnie – ulice miasteczka i nieliczni idący nimi ludzie, okna sklepowe i wystawiany w nich skromny towar, kawałki śmieci ledwie poruszane przez na wpół martwy wiatr – wszystko wyglądało jak wyprane z wszelkich barw, jak gdyby ogromna lampa dopiero co błysnęła w spłoszoną twarz tego miasta. Gdzieś pod tą bladą powierzchnią wyczuwałem coś, co nazwałem „wszechogarniającą atmosferą miejsca, które oddało się za przystań dla bezkresnego ciągu rojeń”.

Nad sceną zawisła wyraźna aura delirium, sprawiając że wszystko w polu mego widzenia lśniło mgliście, jakbym spoglądał przez rozmytą poświatę szpitalnej sali: mętność bez substancji, zniekształcająca, choć w żaden sposób nie ograniczająca widoczności znajdujących się w niej i za nią przedmiotów. Na ulicach miasta panowała chorobliwa atmosfera poruszenia, jak gdyby deliryczna aura stanowiła jedynie cichą zapowiedź nadciągającego pandemonium. Słyszałem dźwięk czegoś, czego nie potrafiłem określić: nadciągającą wrzawę, która zmusiła mnie by poszukać schronienia w wąskim przejściu między parą wysokich budynków. Wciśnięty w tę ciemną kryjówkę, spoglądałem na ulicę, nasłuchując jak ten bezimienny zgiełk narastał. Była to kotłowanina łomotu i zgrzytu, jęku i rechotu, głuche dzwonienie czegoś nieznanego przemierzającego miasto po omacku, bezładny pochód na cześć jakiejś wyjątkowej okoliczności delirium.

Ulica, na którą spoglądałem przez prześwit między dwoma budynkami, była teraz całkowicie pusta. Mogłem dojrzeć tylko zarys różnej wysokości budynków, drżący lekko wraz z narastającym dudnieniem nadciągającego pochodu. Bezkształtny łomot zdawał się pochłaniać wszystko wokół mnie, kiedy nagle zobaczyłem jakąś postać przechodzącą przez ulicę. Była ubrana była w luźny biały strój, miała jajowatą, całkowicie nieowłosioną i białą jak klej głowę, jakiś clown poruszający się w sposób jednocześnie swobodny i mozolny, jak gdyby szedł pod wodą lub pod silny wiatr, kreśląc dziwaczne wzory swymi bladymi dłońmi i wzdętymi ramionami. Zdawało się, że trwało to wieczność nim widmo w końcu zniknęło mi z oczu. Jednak w ostatniej chwili postać obejrzała się by spojrzeć w wąskie przejście w którym stałem ukryty, ukazując swą bladą, zatłuszczoną twarz o wyrazie martwej wrogości.
Po postaci prowadzącej pochód nadeszły kolejne, w tym grupa zaprzęgniętych jak bestie nędzarzy ciągnących długie, szczeciniaste liny. Po chwili oni także zniknęli mi z widoku, pozostawiając za sobą jedynie luźno wiszące sznury. Były one przywiązane za pomocą olbrzymich haków do pojazdu, który wtaczał się teraz na scenę szorując głośno o chodnik wielkimi drewnianymi kołami. Pojazd ten stanowiła jakaś platforma z ogromnymi drewnianymi palami wystającymi z jej podstawy, które składały się pionowe kraty klatki. Nic nie zabezpieczało jej od góry, więc pale chybotały się wraz z ruchem procesji.

O kraty klatki obijał się szereg przedmiotów zwisających z ich szczytu, przypadkowo uwiązanych wszelkiego rodzaju szmatami, sznurkami i drutem. Widziałem maski i buty, przybory domowe i nagie lalki, duże wyblakłe kości i szkielety małych zwierząt, butelki z barwionego szkła, głowę psa owiniętą kilkukrotnie łańcuchem wokół szyi, rozmaite strzępy i odpadki, i inne rzeczy, których nie byłem w stanie nazwać, a wszystko to obijało się o siebie w szalonym łomocie. Patrzyłem i słuchałem jak ten absurdalny pojazd przemierzył ulicę; Nic już po nim nie nadeszło, a zagadkowa procesja zdawała się dobiegać końca, pozostawiając za sobą zaledwie chorobliwy szmer rozmywający się w oddali. I wtedy usłyszałem za sobą głos:

„Co tu robisz?”

Odwróciłem się i ujrzałem starą, grubą kobietę nadciągającą w moim kierunku, wynurzającą się z cienia tego wąskiego przejścia między dwoma wysokimi budynkami. Nosiła bogato zdobiony kapelusz prawie tak szeroki jak ona sama, a jej i tak już obfitą sylwetkę powiększały liczne warstwy kolorowych chust i szali. Jej ciało dodatkowo obciążało kilka naszyjników wiszących jej u szyi jak pętla, parę bransolet pobrzękujących na obu jej pulchnych nadgarstkach oraz cały asortyment pstrokatych pierścieni pobłyskujących na grubych palcach jej dłoni.

„Oglądałem paradę”, powiedziałem. „Nie mogłem jednak dojrzeć co znajdowało się tamtej klatce, czy cokolwiek to było. Zdawała się pusta.”

Przez jakiś czas kobieta patrzyła na mnie tylko i oceniała moją twarz, być może domyślając się, że dopiero niedawno przybyłem do miasteczka spod północnej granicy. Potem przedstawiła się jako pani Glimm i oznajmiła że prowadzi pensjonat. „Masz gdzie zostać?”, spytała się agresywnie domagającym się tonem. „Niedługo będzie ciemno,” powiedziała, zerkając lekko w górę. „Dni ciągle się skracają”.
Zgodziłem się pójść za nią do pensjonatu. Po drodze spytałem ją o tamtą paradę. „To wszystko jakieś głupoty”, powiedziała, prowadząc mnie po ciemniejących ulicach miasteczka. „Widziałeś to?”, spytała, podając mi wymięty kawałek papieru, wyciągnięty spomiędzy warstw jej chust i szali.

Wyprostowując stronę, którą pani Glimm umieściła w moich dłoniach, próbowałem odczytać widniejące na niej słowa mimo pogłębiającego się zmroku. Na górze strony znajdował się pisany drukowanymi literami tytuł: WYKŁAD METAFIZYCZNY I, a pod nim krótki tekst, który czytałem idąc za panią Glimm. “Ktoś kiedyś powiedział,” rozpoczynał się tekst „że niektóre przeprawy życiowe – czy to ekstatyczne, czy koszmarne - winny nakładać na nas obowiązek zmiany imienia, jako że po ich przejściu nie jesteśmy już tym, czym byliśmy wcześniej. Obowiązuje jednak odwrotna zasada: nasze imiona wloką się za nami jeszcze długo po tym, jak wszystko co przypominało to, czym byliśmy wcześniej, jak i to, czym wydawało się nam że byliśmy, przestało istnieć. Nie, żebyśmy mieli wiele za punkt wyjścia - jedynie kilka wątpliwych wspomnień i impulsów unoszących się w przestrzeni jak płatki śniegu podczas szarej, nie kończącej się zimy. Ostatecznie jednak każdy z płatków opada, osadzając się w zimnej, bezimiennej otchłani.”

Po przeczytaniu krótkiego „wykładu metafizycznego”, spytałem pani Glimm skąd wzięła się ta kartka. „Były rozrzucone po całym mieście”, odpowiedziała. „Jakieś głupoty, jak cała ta reszta. Osobiście uważam, że takie rzeczy źle robią interesom. Dlaczego mam szwendać się po mieście i szukać swoich klientów na ulicach? Ale tak długo, jak ktoś płaci moją cenę, zakwateruję go w takim stylu, jaki sobie zażyczy. Mam upoważnienie nie tylko by prowadzić jeden czy dwa pensjonaty, ale także by występować jako asystent przedsiębiorcy pogrzebowego oraz dyrektor kabaretu. No cóż, dotarliśmy. Możesz wejść, ktoś tam się tobą zajmie. Ja mam teraz spotkanie umówione gdzie indziej.” To mówiąc, pani Glimm odeszła, z każdym krokiem podzwaniając swoją biżuterią.

Pensjonat pani Glimm był jednym z kilku wielkich obiektów położonych przy ulicy. Każdy z nich miał podobne cechy i – jak się później dowiedziałem – był w posiadaniu bądź pod nadzorem jednej osoby – to jest pani Glimm. Ulica była obsadzona niemal równym szykiem wysokich, pozbawionych stylu domów o bladych, szarych fasadach urzędu i ogromnych, ciemnych dachach. Mimo rozległości ulicy, chodnik przed budynkami był tak wąski, że dachy sięgały lekko poza jego brzeg, tworząc wrażenie zamknięcia jak w tunelu. W zasadzie każdy z tych budynków mógł należeć do tej samej rodziny, co dom z mego dzieciństwa, który ktoś kiedyś opisał jako „architektoniczny jęk”. Myślałem o tym wyrażeniu, kiedy rezerwowałem pokój w pensjonacie pani Glimm, nalegając by miał okna z widokiem na ulicę. Gdy już znalazłem się w swoim apartamencie - właściwie pojedynczej, całkiem przestrzennej sypialni - stanąłem przed oknem, wodząc wzrokiem po ulicy szarych domów. Zebrane razem, domy te zdawały się tworzyć jakąś procesję, jakby zamarznięty kondukt pogrzebowy. W kółko i w kółko powtarzałem sobie w myślach wyrażenie „architektoniczny jęk”, aż w końcu wyczerpanie ściągnęło mnie sprzed okna pod zatęchłe koce łóżka. Nim zasnąłem, przypomniałem sobie że osobą, która użyła tego określenia by opisać mój dom, był jakże częsty jego gość - dr Zirk.

Tak więc to Dr. Zirk zaprzątnął moje myśli, kiedy zasypiałem w tamtej przestrzennej sypialni pensjonatu pani Glimm. Myślałem o nim nie tylko dlatego, że użył określenia „architektoniczny jęk” by opisać dom z czasów mego dzieciństwa, tak podobny do tych budowli o wysokich dachach ciągnących się wzdłuż ulicy, ale także – a może przede wszystkim – z powodu słów krótkiego wykładu metafizycznego, które przeczytałem parę godzin wcześniej. Jakże przypominały mi one ten urywany mamrot doktora siedzącego przy mym łożu, doglądającego moich wysysających życie chorób, które według wszystkich miały być przyczyną mej śmierci w bardzo młodym wieku… Leżąc w tym dziwnym pensjonacie pod zatęchłymi kocami mego łóżka, przy odrobinie księżycowego światła padającego na rozległą, senną przestrzeń pokoju wokół mnie, raz jeszcze poczułem ciężar kogoś siedzącego na mym łóżku, schylającego się nad moim śpiącym ciałem, usługującego mu niewidocznymi gestami i łagodnym głosem. Wtedy to, udając że śpię zupełnie jak za dziecka, usłyszałem słowa drugiego „wykładu metafizycznego”, szeptane powolną, rezonującą monotonią. „Powinniśmy być wdzięczni”, rzekł do mnie głos, „że niedostatek wiedzy na tyle ogranicza nasze widzenie, że możemy w ogóle cokolwiek czuć. Skąd wzięlibyśmy pretekst by na cokolwiek reagować, gdybyśmy rozumieli… wszystko? Jedynie umysł oddzielony pada ofiarą intensywnych emocji. Bez zawieszania wynikającego z naszego stanu nieoświecenia – jako istoty opętane przez nasze ciała i płynący z nich obłęd – któż zainteresowałby się tym kosmicznym przedstawieniem choćby na tyle, aby zdobyć się na najsłabsze ziewnięcie na jego widok, a co dopiero na bardziej dramatyczne gesty mogące nadać jakże rzadkiego koloru temu światu, złożonego zasadniczo z odcieni szarości na tle czerni? Nadzieja i groza - by wymienić choćby dwa z niepoliczalnych stanów wynikających z niepełnego wglądu – co by z nich zostało w obliczu ostatecznego objawienia, obnażającego brak ich konieczności? Z drugiej strony, zarówno nasze najwznioślejsze, jak i najbardziej porażające emocje otrzymują doskonałą pożywkę, ilekroć pojedynczy promień wiedzy zostaje oddzielony od pełnego spektrum zrozumienia, a następnie całkowicie zapomniany. Wszystkie nasze uniesienia, święte czy unużane w błocie, opierają się na odmowie poznania nawet najbardziej powierzchownych prawd oraz na naszej obłąkańczej woli podążania ścieżką zapomnienia. Amnezja stanowi prawdopodobnie najwyższy sakrament tego wielkiego szarego rytuału egzystencji. Pełnia wiedzy i zrozumienia oznacza skok ku oświeceniu w pustce, w zimowy krajobraz pamięci, którego istotę stanowią tylko cienie i głęboka świadomość otaczającej nas z wszystkich stron bezkresnej przestrzeni. Wisimy w tej przestrzeni jedynie dzięki sznurkom naprężającym się wraz z naszymi nadziejami i grozą, trzymającymi nas w zawieszeniu nad szarą pustką. Jak to się dzieje, że możemy bronić tego marionetkowego teatrzyku, potępiając wszelkie próby wyrwania sobie tych sznurków? Przypuszczalnie stoi za tym fakt, że nic nie jest dla nas równie pociągające, nic nie jest bardziej idiotyczne, niż nasze pragnienie posiadania imienia – nawet, jeśli jest to imię małej głupiej marionetki – oraz trzymania się go przez całą przeprawę naszego życia, zupełnie jakbyśmy mogli zachować je na zawsze. Gdybyśmy tylko mogli zapobiec strzępieniu i plątaniu się tych jakże drogich nam sznurków, gdybyśmy tylko mogli zapobiec upadkowi w puste niebo, moglibyśmy dalej zgrywać się pod przybranymi imionami i kontynuować nasz marionetkowy taniec przez całą wieczność…”

Głos szeptał dalej wymawiając kolejne słowa, więcej słów niż jestem w stanie sobie przypomnieć, jakby mógł głosić swój wykład bez końca. Jednak w pewnym momencie odpłynąłem w sen, jakiego nigdy wcześniej nie śniłem – spokojny, szary i bez snów.

Następnego ranka zbudził mnie jakiś hałas za oknem. Była to ta sama szaleńcza kakofonia, jaką słyszałem poprzedniego dnia, kiedy to po raz pierwszy przybyłem do miasteczka spod północnej granicy i zostałem świadkiem przemarszu niezwykłej parady. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna, nie zobaczyłem jednak nic, co mogłoby zwiastować ponowne nadejście tej hałaśliwej procesji. Wtedy moją uwagę przykuł dom naprzeciw mnie - jedno z jego najwyższych okien było szeroko otwarte. Tuż pod parapetem tego okna dojrzałem ciało zwisające za szyję na grubym, białym sznurze. Lina była mocno napięta i prowadziła przez okno w głąb pokoju. Z jakiegoś powodu widok ten nie zdał mi się w żaden sposób niespodziewany czy nie na miejscu – nawet gdy dudnienie parady stało się znacznie głośniejsze, ani nawet kiedy dotarło do mnie kim był ten niezwykle wątły wisielec o niemal dziecięcej posturze i promieniście siwych włosach i brodzie. Mimo, że ciało to było znacznie starsze niż kiedy widziałem je po raz ostatni, należało ono bezspornie do mojego dawnego lekarza, Dr. Zirka.
Mogłem teraz ujrzeć nadchodzącą paradę. Zbliżając się z odległego końca szarej, przypominającej tunel ulicy, spacerowała jajogłowa, przypominająca clowna istota ubrana w luźny biały strój, mierząca wzrokiem wysokie domy po swych obu stronach. Mijając moje okno, spojrzała na mnie przez chwilę z tym samym wyrazem martwej wrogości, po czym poszła dalej. Podążał za nią szyk nędzarzy zaprzęgniętych w liny przyczepione do przypominającego klatkę pojazdu, który wtoczył się na swych drewnianych kołach. Niezliczone przedmioty stukotały o jego kraty, znacznie więcej przedmiotów niż widziałem poprzedniego dnia. Groteskowy inwentarz zawierał teraz również butelki z pigułkami grzechoce wraz ze swoją zawartością, błyszczące skalpele i narzędzia do cięcia kości, zwisające jak ozdoby choinkowe, powiązane w pęki igły ze strzykawkami oraz stetoskop owinięty wokół odciętej głowy psa. Drewniane pale klatki chybotały się prawie do złamania od dodatkowego ciężaru tej porzuconej sterty. Jako że klatka nie miała przykrycia, spoglądając ze swego okna mogłem zajrzeć do jej wnętrza - niczego tam jednak nie było, a przynajmniej jeszcze nie wtedy. Kiedy pojazd sunął bezpośrednio pode mną, spojrzałem na przeciwległy brzeg ulicy, na wisielca i grubą linę, na której dyndał jak marionetka. Spomiędzy cieni pomieszczenia za oknem wyłoniła się dłoń trzymająca błyszczącą, prostą brzytwę; na jej pulchnych palcach widniały liczne pstrokate pierścienie. Gdy dłoń skończyła pracować nad węzłem, ciało Dr. Zirka spadło z wysokości szarego domu i wylądowało w mijającym go otwartym pojeździe. Procesja, która dotąd była ospała w każdym aspekcie, zaczęła teraz znikać szybko z widoku, a przytłumiona kotłowanina jej dźwięków rozmywała się w oddali.
Skończyć z tym, pomyślałem – skończyć z tym w takim stylu, w jakim tylko zapragniesz.

Spojrzałem na dom po drugiej stronie ulicy. Otwarte jeszcze przed chwilą okno było teraz zamknięte i zakryte zasłoną. Przypominająca tunel ulica szarych domów stała się absolutnie cicha i statyczna. I wtedy, jakby w odpowiedzi na me najskrytsze życzenie, pojedyncze płatki śniegu zaczęły opadać z szarego porannego nieba, każdy z nich cichym, szepczącym głosem. Patrzyłem dalej, wyglądając bez końca z mego okna na ulicę i miasto, i wiedziałem już, że tu jest mój dom.

Jest mi niezmiernie miło oznajmić, że na łamach znajdującej się na tej stronie galerii zaprezentowany został po raz pierwszy w internecie duży zbiór kolaży Radka Włodarskiego. Jednocześnie strona ta staje się jedynym miejscem w sieci skupiającym jego prace.
Niektórzy może zauważą, że cześć prac widniała tu już wcześniej - obecnie jednak kolekcja została znacznie powiększona i będzie się dalej powiększać w przyszłości. Zapraszam do galerii.

1. Bóg chciał niebycia;
2. Jego istota była przeszkodą, która nie pozwoliła mu natychmiast wkroczyć w niebycie;
3. Istota musiała się rozpaść w świat wielości, w którym poszczególne istoty dążą do niebycia;
4. W dążeniu tym przeszkadzają sobie wzajemnie, walczą jedna z drugą i tym sposobem osłabiają swoją siłę;
5. Cała istota Boga przeszła w świat w zmienionej formie, jako określona siła sumaryczna;
6. Cały świat, wszechświat, ma jeden cel, niebycie, i osiąga go dzięki nieustannemu słabnięciu tej sumarycznej siły;
7. Każde indywiduum dzięki słabnięciu jego siły osiąga w drodze swego rozwoju punkt, w którym może spełnić się jego dążenie do unicestwienia.

-Philipp Mainlander, Metafizyka unicestwienia (fragment)

    “Ktoś kiedyś powiedział, że niektóre przeprawy życiowe - czy to ekstatyczne, czy katastrofalne - winny nakładać na nas obowiązek zmiany imienia, jako że po ich przejściu nie jesteśmy już tym, czym byliśmy wcześniej. Obowiązuje jednak odwrotna zasada: nasze imiona wloką się za nami jeszcze długo po tym jak wszystko, co przypominało to czym byliśmy wcześniej, lub to, czym wydawało nam się że byliśmy, przestało istnieć. Nie, żebyśmy mieli wiele za punkt wyjścia - jedynie kilka wątpliwych wspomnień i impulsów dryfujących w przestrzeni jak płatki śniegu podczas szarej i nieskończonej zimy. Ostatecznie jednak każdy z płatków opada, osadzając się w zimnej i bezimiennej otchłani.”

- Thomas Ligotti, fragment “In a Foreign Town, In a Foreign Land”, treść ulotki z opowiadania.

Czy nie bylibyśmy szczęśliwsi, gdyby - tak jak dawniej - każdy próg w życiu człowieka znaczony był nadaniem nowego imienia? Dlaczego właściwie każe nam się obchodzić urodziny?

Różne przedmioty jawią się świadomości jako składowe różnych sfer rzeczywistości. Ludzie, z którymi mam do czynienia w ramach życia codziennego, rozpoznaję jako należących do całkiem odmiennej rzeczywistości niż ukazujące mi się we śnie postaci pozbawione ciał. Te dwa zbiory przedmiotów wprowadzają do mojej świadomości zupełnie odmienne napięcia i zupełnie odmienne są też sposoby, w jakie obdarzam je uwagą. Tak więc moja świadomość potrafi poruszać się w różnych sferach rzeczywistości. Mówiąc inaczej, jestem świadomym świata jako składającego się z wielu rzeczywistości. Jeżeli przenoszę się z jednego świata do innego, doświadczam takiego przejścia w postaci swego rodzaju szoku. Szok ten, jak można sądzić, jest spowodowany zmianą w ukierunkowaniu uwagi, którą pociąga owo przejście. Zmianę tę ilustruje najprościej przebudzenie się ze snu.

Wśród wielu rzeczywistości jest jedna, która jawi się jako rzeczywistość par excellence. Jest to rzeczywistość życia codziennego. Jej uprzywilejowane miejsce upoważnia do przyznania jej miana rzeczywistości podstawowej. (…)

Rzeczywistość życia codziennego jest przyjmowana bez zastrzeżeń jako rzeczywistość. Nie wymaga dodatkowych weryfikacji wykraczających ponad czy poza swoją obecność. Po prostu tam jest jako oczywista i nieodparta sfera faktów. Wiem, że jest ona rzeczywista. Jakkolwiek jestem zdolny zwątpić w jej realność, muszę pozbyć się tych wątpliwości, ponieważ ta realność jest zrutynizowanym życiem codziennym, w którym istnieję. Tłumienie wątpliwości jest tak zdecydowane. że aby wątpić, musiałbym zdobyć się na radykalne zmiany, sięgając — powiedzmy — do teoretycznej albo religijnej kontemplacji. Świat życia codziennego narzuca się sam i jeżeli chce się przeciwstawić tej jego autoproklamacji, muszę podjąć świadomie zamierzony i wcale niełatwy wysiłek. (…)

Jednakże nawet oczywista sfera rzeczywistości życia codziennego jest taką do czasu, mianowicie tak długo, jak długo jej trwania nie przerwie pojawienie się problemu. Kiedy to się stanie, rzeczywistość życia codziennego usiłuje zintegrować sferę stwarzającą problemy z tym, co jest już oczywiste. Wiedza potoczna zawiera rozmaite instrukcje, powiadające jak można to zrobić. Na przykład, inni, z którymi pracuję, nie stwarzają mi problemów, dopóki wykonują swe zwykłe, zrutynizowane, przyjmowane bez zastrzeżeń czynności, powiedzmy, piszą na maszynie przy sąsiednim biurku w moim pokoju. Natomiast kiedy zrutynizowane czynności przerywają — przykładowo — zbierając się w kącie i szepcząc, w poszukiwaniu znaczeń owego nietypowego postępowania odwołuję się do mojej wiedzy potocznej, która potrafi podsunąć mi rozmaite możliwości reintegracji tego postępowania z oczywistymi, zrutynizowanymi czynnościami życia codziennego: mogą oni naradzać się, jak naprawić zepsutą maszynę do pisania, albo ktoś z nich mógł otrzymać jakieś pilne polecenie od szefa itd. Z drugiej strony, mogę stwierdzić, że omawiają oni zarządzenie związku zawodowego o strajku, coś, co znajduje się jeszcze poza moim doświadczeniem, choć ciągle w sferze wątpliwości, z którymi moja wiedza potoczna może sobie poradzić. Potraktuje to ona jednakże raczej jako problem, niż włączy po prostu w oczywistą sferę życia codziennego. Jeżeli wszakże dojdę do wniosku, że moi koledzy popadli w zbiorowe szaleństwo, pojawi się problem zupełnie innego rodzaju. Będzie to problem, który przekroczy granicę rzeczywistości życia codziennego i będzie się odnosić do rzeczywistości całkowicie odmiennej. Moje stwierdzenie, że koledzy oszaleli, implikuje ipso facto, że odeszli oni do świata, który nie jest już powszechnym światem życia codziennego.

W porównaniu do rzeczywistości życia codziennego, inne jawią się jako ograniczone obszary znaczeń, enklawy w obrębie rzeczywistości podstawowej, wyróżniające się zawężonymi znaczeniami i sposobami doświadczenia. Rzeczywistość podstawowa otacza je najczęściej ze wszystkich stron, a świadomość wraca do niej jak z wycieczki. Widać to wyraźnie już na podstawie dotychczasowych przykładów: czy będzie to rzeczywistość snów, czy myśli teoretycznej. Podobne „podróże” występują między światem życia codziennego i światem zabawy i to zarówno w przypadku bawiących się dzieci, jak — i to nawet wyraźniej — w przypadku dorosłych. Jeśli mowa o dorosłych, doskonałej ilustracji takiej zabawy dostarcza teatr. Przejście między rzeczywistościami jest zaznaczone przez podnoszenie i opuszczanie kurtyny. Kiedy kurtyna podnosi się, widz jest „przenoszony do innego świata”, z własnymi znaczeniami i porządkiem, który albo ma, albo nie ma czegoś wspólnego z porządkiem życia codziennego. Kiedy kurtyna opada, widz „wraca do rzeczywistości”, to znaczy do podstawowej rzeczywistości życia codziennego, w porównaniu z którą rzeczywistość przedstawiona na scenie, bez względu na to, z jaką sugestywnością oddziaływała parę chwil wcześniej, jawi się teraz jako blada i efemeryczna. (…)

W społecznym procesie utrzymania rzeczywistości można rozróżnić znaczących innych i mniej ważnych innych. Wszyscy albo przynajmniej większość innych napotykanych przez jednostkę w życiu codziennym służą w istotny sposób potwierdzeniu jej rzeczywistości subiektywnej. Dzieje się to nawet w tak ,,mało znaczących” sytuacjach jak dojazdy pociągiem podmiejskim. Jednostka może w pociągu nikogo nie znać i z nikim nie rozmawiać, a mimo to tłum współdojeżdżających potwierdza zasadniczą strukturę życia codziennego. Swoim ogólnym zachowaniem współdojeżdżający wyrywają jednostkę z bladej rzeczywistości zaspanego poranka i głoszą w całkiem zdecydowany sposób, że świat składa się z poważnych ludzi jadących do pracy, z odpowiedzialności i planów, z kolei dojazdowej i „New York Times’a”. Ten ostatni potwierdza jednostce współczynniki jej rzeczywistości o najszerszym zakresie. Gazeta — począwszy od prognozy pogody, a skończywszy na ogłoszeniach o pracy - upewnia ją, że znajduje się w najbardziej rzeczywistym świecie. Równocześnie potwierdza mniej niż realny status napawających lękiem przeżyć doświadczanych przed śniadaniem: obcy, przedmiotów, które powinny być dobrze znane, doświadczony po przebudzeniu się ze złego snu szok, spowodowany nierozpoznaniem własnej twarzy w łazienkowym lustrze, w chwilę później trudne do wyrażenia podejrzenie, że własna żona i dzieci to tajemniczy nieznajomi. Większość ludzi podlegających takiej metafizycznej grozie potrafi w jakimś stopniu się jej pozbyć podczas wypełniania zwykłych rytuałów porannych, tak że w momencie, gdy stają w drzwiach wyjściowych, rzeczywistość życia codziennego jest przynajmniej wstępnie przywrócona. Jednak dopiero w anonimowej społeczności dojazdowego pociągu rzeczywistość zaczyna się w pełni ustalać. Kiedy pociąg wjeżdża na Dworzec Centralny, staje się ona przemożna. Ergo sum, może teraz szepnąć sobie jednostka, i podążać do biura całkowicie przytomna i pewna siebie.

-P. L. Berger, T. Luckmann - “Społeczne tworzenie rzeczywistości”

Wyciągnijcie przed siebie rękę i w dowolnie wybranej chwili, spontanicznie i z własnej woli, poruszcie nadgarstkiem. Możecie powtórzyć to kilkakrotnie, starając się, by wasze działanie było jak najbardziej świadome i spontaniczne. Przypuszczalnie odniesiecie wrażenie, że w waszym umyśle rozgrywa się swego rodzaju dialog wewnętrzny lub decyzyjny, którego mocą powstrzymujecie się od wszelkich działań, po czym postanawiacie poruszyć ręką. Teraz zadajcie sobie pytanie: Co zapoczątkowało proces, który doprowadził do działania? Czy wy sami?

Opisane zadanie stanowiło podstawę fascynujących eksperymentów przeprowadzonych przez neurochirurga Benjamina Libeta (1985). Badani, z elektrodami wykrywającymi ruch na nadgarstkach oraz elektrodami do pomiaru fal mózgowych na głowach, obserwowali przesuwającą się po tarczy zegarowej plamkę. Oprócz spontanicznego zginania nadgarstka proszeni byli o dokładne odnotowanie położenia plamki w chwili, gdy zdecydowali się wykonać ruch. Libet rejestrował zatem moment wystąpienia trzech zjawisk: rozpoczęcia ruchu, podjęcia decyzji o jego wykonaniu oraz pojawienia się specyficznego wzoru fal mózgowych, zwanego potencjałem gotowości.

Wzór ten, obserwowany tuż przed podjęciem jakichkolwiek złożonych działań, łączony jest z aktywnością mózgu planującego ciąg przyszłych ruchów. Pytanie brzmiało: Co pojawi się pierwsze: decyzja o działaniu czy potencjał gotowości? Jeśli jesteście dualistami, przypuszczacie zapewne, że pierwszeństwo musi mieć decyzja. W rzeczywistości Libet odkrył, iż potencjał gotowości pojawiał się około 550 milisekund (nieco ponad pół sekundy), decyzja zaś około 200 milisekund (mniej więcej jedną piątą sekundy) przed wykonaniem ruchu. Innymi słowy, to nie decyzja dostarczała pierwszego impulsu — spostrzeżenie zadające kłam naszemu poczuciu jaźni. (…) Nie istnieje żadna odrębna jaźń, pojawiająca się ni stąd, ni zowąd w synapsach, by inicjować działania. Mój mózg mnie nie potrzebuje.

Jaką więc funkcję pełni moje „Ja”? Z pewnością musi stanowić przynajmniej centrum mojej świadomości, tę cząstkę, która odbiera wrażenia, jakie niesie życie? Niekoniecznie. (…) Osiemnastowieczny szkocki filozof David Hume wyznawał, iż ilekroć wkraczał w najgłębsze obszary własnej istoty, zawsze natrafiał na jakieś konkretne doznanie — gorąca albo zimna, bólu lub przyjemności. Nigdy nie zdołał przyłapać siebie bez doznań ani zaobserwować niczego prócz nich. Wyciągnął stąd wniosek, że jaźń jest jedynie „skupiskiem wrażeń” (Hume 1739-1740). Tak naturalne z pozoru przekonanie, iż ,ja” słyszę dźwięki, widzę obrazy i odczuwam doznania, może w istocie być tylko złudzeniem.

Kolejna seria eksperymentów Libeta (1981) dostarcza nowych, ciekawych argumentów w tej dyskusji. Okazuje się, że świadome doznania zmysłowe można wywołać sztucznie przez stymulację mózgu, ale tylko wówczas, gdy jest on pobudzany w sposób ciągły przez około pół sekundy. Wygląda to tak, jakby uformowanie się świadomych wrażeń wymagało czasu, to zaś prowadzi do dziwacznej myśli, że nasze świadome zrozumienie świata nie nadąża za biegiem wydarzeń, jednak z powodu procesu, który Libet nazywa „subiektywnym antydatowaniem”, nie zdajemy sobie sprawy z tej zwłoki. Opowieść, jaką tworzymy sobie w umyśle, ustawia wydarzenia w odpowiednim porządku.

Dalsze eksperymenty wykazały, że przy krótkich bodźcach (zbyt krótkich, by wzbudzić świadome doznanie) ludzie mimo wszystko trafnie odgadywali, czy byli poddawani stymulacji czy też nie (Libet i in. 1991). Innymi słowy, mogli przejawiać prawidłowe reakcje bez udziału świadomości. I znów wnioskiem, jaki stąd wynika, jest to, że nie świadomość jest motorem naszych działań. Świadome doznania zjawiają się, owszem, ale nie na czas. Usuwamy dłoń z płomienia, zanim zdążymy odczuć ból. Odbijamy piłeczkę tenisową, nim zorientujemy się, że leci w naszą stronę. Omijamy kałużę, zanim jeszcze zauważymy jej istnienie. Świadomość dołącza później. A mimo to nie opuszcza nas wrażenie, że były to „nasze” świadome działania.
Innym ze złudzeń, jakim ulegamy, jest żywienie przekonań. Z ich powodu argumentujemy namiętnie przy obiedzie, że prezydent Clinton naprawdę nie mógł tego zrobić, że Izraelczycy
powinni byli (lub nie) postawić te domy, że prywatne szkoły należałoby pozamykać, że narkotyki powinny zostać zalegalizowane i tak dalej. Jesteśmy tak przekonani o istnieniu Boga, że moglibyśmy spierać się o to godzinami (a może nawet toczyć wojny lub oddać za Niego życie). Wierzymy w alternatywną terapię, która nam pomogła, do tego stopnia, że namawiamy do niej wszystkich naszych znajomych. Ale co właściwie oznacza stwierdzenie, że ,ja” wierzę w to lub owo? Mogłoby się wydawać, że musi istnieć jaźń wyznająca takie lub inne przekonania, z drugiej strony jednak wszystko, z czym mamy do czynienia, to dowodzący swoich racji człowiek, przetwarzający informacje mózg oraz powielany (lub nie) zestaw memów. Choćbyśmy szukali, nie znajdziemy ani samych przekonań, ani żywiącej je jaźni.

To samo odnosi się do pamięci. Mówimy o niej tak, jakby jaźń wedle woli czerpała wspomnienia ze swych prywatnych zasobów. Chętnie ignorujemy fakt, że wspomnienia są nieustannie zmieniającymi się konstrukcjami mentalnymi, że często bywają niedokładne, że niekiedy zjawiają się nieproszone i że nieraz zdarza nam się przywołać złożone wspomnienia zupełnie bez udziału świadomości. Słuszniejsze byłoby więc stwierdzenie, że jesteśmy po prostu istotami ludzkimi wykonującymi skomplikowane zadania, do których potrzebna jest pamięć, a następnie konstruującymi opowieść o jaźni, która ową pamięcią zawiaduje.

Powyższe przykłady wskazują, iż najwyraźniej odczuwamy ogromną potrzebę opisywania siebie (mylnie) jako jaźni sprawującej władzę nad „naszym” życiem. Brytyjski psycholog Guy Claxton sugeruje, że to, co bierzemy za samokontrolę, jest tylko mniej lub bardziej udaną próbą przewidywania. Zazwyczaj nasze przewidywania własnych kolejnych posunięć są wystarczająco trafne, byśmy mogli z czystym sumieniem powiedzieć: „zrobiłem to” lub: „zamierzałem zrobić tamto”. Kiedy się pomylimy, po prostu blefujemy. I używamy naprawdę skandalicznych wybiegów, by podtrzymać iluzję.

    Chciałem zachować spokój, ale po prostu nie byłem w stanie. Nie powinienem jeść wieprzowiny, ale wyszło mi to z głowy. Zamierzałem wcześnie pójść spać, ale oto siedzimy na Piccadiiiy Circus o czwartej nad ranem w zabawnych czapeczkach i z butelką wina [...] Jeśli wszystko inne zawiedzie- a to już wybitnie bezczelne szalbierstwo - możemy przedstawić naszą porażkę jako faktyczny sukces! „Zmieniłem zdanie”, mówimy. (Claxton 1986, str. 59). Claxton stwierdza, że świadomość jest „mechanizmem konstruowania podejrzanych historii, których celem jest obrona zbytecznego i błędnego poczucia własnego «ja»” (1994, str. 150).

Nasz błąd polega na tym, że traktujemy jaźń jako odrębny, trwały i autonomiczny byt. Podobnie jak Dennett, Claxton uważa, że jaźń jest w rzeczywistości jedynie opowieścią o jaźni. Wewnętrzne, działające “Ja” jest złudzeniem.

-Susan Blackmore, “Maszyna memowa”

« Poprzedni wpis